[ Pobierz całość w formacie PDF ]

menedżerów, stylistów i agencję PR?
Zapadła krótka chwila milczenia, ale po chwili Izzy
odzyskała rezon.
- Zapomniałeś o fryzjerze.
- NaprawdÄ™ siÄ™ do tego przyznajesz? - Dom byÅ‚ za­
skoczony.
- Nie ma sensu zaprzeczać, prawda? Tak właśnie żyją
modelki.
Miał ochotę spróbować jeszcze raz, choć wiedział, że
tym razem go znokautowała.
- Nawet znane modelki?
- Zwłaszcza one - powiedziała zimno.
Zaczął się zastanawiać, czy gra w szachy.
W pewnym momencie droga gwaÅ‚townie skrÄ™ciÅ‚a i Do­
minik musiał dość ostro zahamować.
- Przepraszam. Nic ci się nie stało? - spytał, zły na
siebie.
- Naturalnie, że nic. Tylko jeżdżenie tym samochodem
po ulicach Londynu wcale nie jest zabawne.
- Za bardzo cię rzuca? Przywykłaś do przytulnych
wnętrz limuzyn, mam rację?
- Nie. MartwiÄ™ siÄ™ tylko o boczne lusterka zaparkowa­
nych wzdłuż ulicy samochodów.
- Jak dotąd nie dotknąłem żadnego.
ZAKOCHANY PODRÓ%7Å‚NIK 93
- Może nie, ale mijasz je o włos. Pasażer widzi to
dokładnie.
Zdecydowanie grała w szachy. Zwietnie!,
- Zatrzymaj samochód i wypuść mnie. Sama wrócę do
domu.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego nie?
- Są co najmniej cztery powody. Po pierwsze, jesteśmy
zbyt daleko od metra. Taksówki też nie znajdziesz tu łatwo
o tej porze dnia. Obiecałem, że zawiozę cię do domu,
a zawsze dotrzymujÄ™ obietnic. No i jestem ci winien ham­
burgera.
Jest jeszcze po piąte, pomyślał, ale nie powiedział tego
na głos. Mam zamiar wziąć cię w ramiona i spić z ciebie
caÅ‚Ä… sÅ‚odycz. BÄ™dÄ™ ciÄ™ pieÅ›ciÅ‚ tak dÅ‚ugo, aż zaczniesz krzy­
czeć z rozkoszy.
Zastanawiał się, czy już się domyśliła, kim jest. Czasami
miał wrażenie, że zupełnie go nie kojarzy. Czyżby celowo
go zwodziła? Czy naprawdę nie pamiętała nic z tamtej nocy?
Jeśli tak, to on jej wszystko przypomni.
- Zwalniam ciÄ™ z danej obietnicy.
- Nic z tego. Dotrzymuję każdej, nawet najmniejszej.
- Cóż za perfekcjonizm! Musi ci być z tym trudno żyć.
- Nie powiedziałbym tego. Po prostu nie robię żadnych
głupich obietnic.
Dom skręcił w jeszcze węższą uliczkę. Zaparkował na
malutkim skrawku wolnego chodnika, wyłączył silnik
i odwrócił się w jej stronę.
NadaÅ‚ miaÅ‚a na sobie wiÄ™cej makijażu, niż potrzebowa­
ła i niż on lubił. Jej włosy w lekkim nieładzie spadały
luzno na ramiona.
Co by zrobiła, gdyby pozwolił dojść do głosu swoim
SOPHIE WESTON
94
najbardziej prymitywnym instynktom? Gdyby siÄ™gnÄ…Å‚ rÄ™­
ką i uwolnił kosmyk włosów, który zatknęła za ucho?
Gdyby zanurzył w nich palce?
- Na co siÄ™ tak patrzysz?
Może starała się sprawiać wrażenie spokojnej, ale głos
ją zdradził. Znów była zdenerwowana.
Dominik westchnął. Nie dotknął jej włosów, a zamiast
tego podjÄ…Å‚ starÄ… grÄ™.
- Minęło sporo czasu, odkąd razem siedzieliśmy przy
stole. Pomyślałem, że moglibyśmy zjeść razem posiłek.
Porozmawiać. - Wstrzymał oddech. W tym momencie
powinna byÅ‚a powiedzieć, że nigdy razem nie jedli. Za­
tańczyli tylko razem-, nic więcej.
Nie zrobiła tego.
Co teraz? A jeżeli rzeczywiście była Jemima?
- A może pozwalasz sobie tylko na kilka listków sałaty
dziennie? - zadrwił.
- Nie - powiedziała, niemal niegrzecznie.
- To dobrze. W takim razie spodoba ci siÄ™ tam, dokÄ…d
idziemy. Mają bardzo dobrą kuchnię i możemy zjeść na
dworze.
Izzy popatrzyła na niego uważnie.
- Czy ty w ogóle przyjmujesz kiedykolwiek czyjÄ…Å› od­
mowÄ™? . .
- Nigdy. Chyba że dotyczy nieistotnej sprawy.
Dom mógł starać się powstrzymać swoje instynkty, ale
nie był ze stali. Jej nagie ramiona aż prosiły się, żeby ich
dotknÄ…Å‚.
Delikatnym ruchem przesunÄ…Å‚ po nich palcami. Izzy
była tak zaskoczona, że w zasadzie na to nie zareagowała.
Po jej minie widać jednak było, że ten dotyk nie pozostał
jej obojętny.
ZAKOCHANY PODRÓ%7Å‚NIK 95
Tak!
Może sobie kłamać, ile chce. Jej ciało mówiło za nią.
Izzy nie poruszyÅ‚a siÄ™, nie odezwaÅ‚a. ByÅ‚a jak skamie­
niała.
Wolno podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
Był na to zupełnie nieprzygotowany.
To była gra. Jak szachy. Ruch jednego gracza, a potem
ruch przeciwnika. Miłosne szachy.
Nie-Jemima wyglÄ…daÅ‚a w tej chwili, jakby na jej wÄ…t­
Å‚ych ramionach spoczÄ…Å‚ caÅ‚y ciężar Å›wiata. A ona nie mog­
ła go unieść.
Uśmiech Dominika znikł.
- Co się stało? Dlaczego tak wyglądasz? Powiedz mi.
Ona jednak pokręciła głową, wysiadła z samochodu
i ruszyła w stronę baru.
Dom wybrał schowany między drzewami stolik w rogu
placu. Nikt na nich nawet nie spojrzał.
- Widzisz? %7ładnych fanów. Jesteś bezpieczna.
- Bezpieczna? Ach, rzeczywiście.
- CzyżbyÅ› siÄ™ mnie baÅ‚a? Traktujesz mnie, jakbym sta­
nowił dla ciebie jakieś zagrożenie.
- Opowiadasz bzdury.
- Też tak myÅ›lÄ™. Dlatego bÄ™dÄ™ wdziÄ™czny, jeÅ›li wytÅ‚u­
maczysz mi swoje zachowanie.
Izzy tylko wzruszyła ramionami. Napięcie na jej twarzy
było niemal namacalne.
- Czego się boisz? - spytał miękko.
Cisza.
- Nie powiem nikomu, że cię pocałowałem, jeśli to cię
martwi.
Równie dobrze mógłby ją uderzyć. Jej twarz zrobiła się
kredowobiała, pomimo mocnego makijażu. Wyglądała
SOPHIE WESTON
96
w tej chwili tak bezbronnie, że miaÅ‚ ochotÄ™ wziąć jÄ… w ra­
miona i przytulić.
Widział, że stara się zapanować nad nerwami, ale bez
większego skutku.
- Przepraszam, ale najwyrazniej ten skok wprowadził
mnie w stan przygnębienia.
- Skok? Czy może ja?
- Dlaczego twoja obecność miałaby działać na mnie
przygnębiająco?
Dom popatrzył jej prosto w oczy.
- Tylko ty możesz sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Izzy podjęła grÄ™. ZdawaÅ‚a siÄ™ ważyć każde wypowie­
dziane do niego słowo.
- Pozwól w takim razie, że cię o coś spytam. Co miałeś
dokładnie na myśli, mówiąc, że się zmieniłam?
Dlaczego nie chce powiedzieć mu prawdy? Teraz, kie­
dy są tylko we dwoje, mogłaby się na to zdobyć.
Jemima Dare wyjechaÅ‚a z żonatym mężczyznÄ… na Se­
szele, a ja daję jej alibi. Albo: Jestem sobowtórem Jemimy
Dare i często ją zastępuję.
Jeśli sama mu tego nie powie, sprowokuje ją.
- Odniosłem wrażenie, że wcale nie miałaś ochoty na
ten skok. Zdziwiło mnie to tym bardziej, że ostatnim
razem nie miałaś większych oporów przed schronieniem
się w moich ramionach - powiedział ostrożnie.
- Co?
- Czułem się zaszczycony. Nie odstępowałaś mnie
przez cały wieczór.
ByÅ‚o w tym trochÄ™ prawdy. Jemima rzeczywiÅ›cie taÅ„­
czyła z nim dłuższy czas, choć ten taniec w niczym nie
dał się porównać do tańca z dziewczyną w czerwieni.
Gdybyż tylko zechciała to przyznać!
ZAKOCHANY PODRÓ%7Å‚NIK
97
- Nie mów mi, że zapomniałaś?
- Oczywiście, że nie - odparła, nie patrząc na niego.
- Wtedy się mnie nie bałaś.
Izzy wyprostowała się i odłożyła sztućce.
- Teraz też się ciebie nie boję!
- JesteÅ› pewna?
Popatrzyła na niego w sposób, który miał być dla niego
obrazliwy.
- Naturalnie, że tak. Dlaczego miałabym obawiać się
jakiegoÅ› tam Rambo?
Starał się skupić na rozmowie, ale miał z tym spore
trudnoÅ›ci. Kiedy tak odsÅ‚aniaÅ‚a podbródek, ukazywaÅ‚a bia­
łą szyję, która aż się prosiła, by ją całować.
- Nie lubisz wojskowego stylu?
- Nie. Gdyby po Å›wiecie biegaÅ‚o mniej mężczyzn wy­
machujących swoimi pukawkami, żyłoby się znacznie
szczęśliwiej.
Starała się, aby zabrzmiało to jak żart, ale była w jej
głosie jakaś zaciętość, która wskazywała na to, że nie są
to żarty.
- Naprawdę nie lubisz militariów?
- Nie. Dlaczego tak ciÄ™ to dziwi? Uważasz, że każ­
da kobieta powinna szaleć na punkcie uzbrojonej po zęby
armii? Coś takiego... [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ftb-team.pev.pl
  •