[ Pobierz całość w formacie PDF ]

A przecież to jego pragnęła pocałować. Tak bardzo czekała na ostatni przed kolacją taniec i
na rozmowę przy stole. Wszystko zepsuła.
Po kolacji lord Kersey zostawił ją pod opieką ciotki' Agathy i zajął się Samantha. Poszli na
taras i długo nie wracali. Jennifer domyślała się, że chciał ją ukarać. Cierpiała wiedząc, że jest tam,
nawet jeśli tylko z Samantha. Zatańczyła z Henrym Chisleyem, uśmiechała się do niego, mówiła
coś... cały czas myśląc o nieobecnym Lionelu.
Tak, była to dotkliwa kara. Jeśli ona swoim wyjściem na zewnątrz wywołała w nim podobne
uczucia, to zasłużyła sobie na karę. A wyszła z hrabią Thornhillem. I pozwoliła mu się pocałować.
Do domu wróciła wczesnym rankiem, zupełnie wyczerpana. Nie mogła jednak zasnąć.
Próbowała dodać sobie otuchy myślą, że za tydzień odbędzie się obiad u hrabiego Rushforda, na
którym ogłoszą jej zaręczyny. Potem wszystko się ułoży. Będzie spędzać z nim więcej czasu, lepiej
go pozna. A on ją pocałuje. Wszystko będzie się toczyć wokół nadchodzącego ślubu. Wyobrażała
sobie Kerseya tak, jak wyglądał tego wieczora, pięknego aż do bólu. Był jej mężczyzną, kochała go,
i miała wyjść za niego za mąż.
A jednak nie mogła zapomnieć ciemnych, natarczywych oczu, delikatnych palców. Nadal
czuła na swoich ustach jego wargi. Wracało wspomnienie fizycznych sensacji, które towarzyszyły
pocałunkowi, dziwnego napięcia piersi i bolesnego pulsowania między nogami.
Wracała pamięcią do ich rozmowy. Odsłoniła się przy nim daleko bardziej niż kiedykolwiek
przy Lionelu i dowiedziała się o nim daleko więcej niż o swoim narzeczonym. Przekonał ją, że
cokolwiek wydarzyło się w przeszłości, odmienił swoje życie i stał się człowiekiem
odpowiedzialnym. Potem ją pocałował.
Czuła się grzeszna i zepsuta. I wbrew własnej woli zafascynowana wspomnieniami.
Przedpołudnie nie przyniosło żadnej ulgi. Zmęczona i przybita poszła do pokoju Samanthy.
Znalazła kuzynkę siedzącą przy oknie, z zapuchniętymi oczami.
- Ty płakałaś? - zapytała zaniepokojona. Samantha nigdy nie płakała.
- Nie. - Samantha zaprzeczyła z nerwowym śmiechem. - Po prostu jestem zmęczona.
Ostrzegano nas, że sezon może być wyczerpujący, Jenny, i wydawało się to cudowne, prawda?
Tymczasem rzeczywiście jest wyczerpujący.
Jennifer usiadła obok niej.
- Nie podobał ci się wczorajszy bal? - spytała. - Miałaś partnera do każdego tańca. Z
kilkoma tańczyłaś dwa razy.
Na przykład z Lionelem...
- Podobał mi się. - Samantha wstała. - Zejdzmy na dół, na śniadanie, dobrze? A potem
chodzmy może na spacer do parku. Dobrze nam to zrobi.
Jennifer była zawiedziona niezwykłym nastrojem Samanthy, która zazwyczaj była radosna.
Oczekiwała, że kuzynka zechce porozmawiać o minionej nocy, o partnerach, zdradzić, kto jest jej
faworytem. Tymczasem wyglądało na to, że nie ma ochoty.
- Myślałam, Sam, że dodasz mi otuchy. Przypuszczam, że wiesz już, jak się wczoraj
naraziłam.
- Tak. - Samantha przygryzła wargę. - On ciebie lubi, Jenny. Ze mną nawet nie próbował
tańczyć, z tobą zatańczył dwa razy. Chyba naprawdę jest diabłem. Musiał wiedzieć, że jesteś
zaręczona. Lionel był zdenerwowany.
- Lionel? - Jennifer rzuciła jej kosę spojrzenie.
Samantha zaczerwieniła się.
- Lord Kersey - sprostowała. - Zdenerwowałaś go, Jenny. Nie powinnaś była wychodzić z
lordem Thornhillem.
- Teraz ty zaczynasz?
- Musisz przyznać, że to nie było w porządku -mówiła Samantha. - Masz mężczyznę, Jenny.
Twierdzisz, że go kochasz. Nie trzeba było wychodzić z lordem. Kto może wiedzieć, co tam
wyczynialiście oboje?
Były w połowie schodów. Samantha przystanęła i patrzyła oskarżająco na kuzynkę. Jennifer
odpowiedziała tak gniewnym spojrzeniem, że Sam z oczami pełnymi łez odwróciła się bez słowa i
pobiegła z powrotem na górę.
- Sam? - krzyknęła za nią Jennifer. Została sama w połowie schodów. Czuła się
bezgranicznie nieszczęśliwa. Podczas śniadania miała wrażenie, że trafiła do jaskini lwa.
Wieczorem nie wyglądało to już na tak przerażającą nieprzyzwoitość. Bo czy było?
Dlaczego francuskie okna stały otworem, a taras i ogród oświetlały lampiony, jeśli goście nie
powinni byli tam spacerować?
Poczucie winy sprawiło, że nie potrafiła oburzać się na tych, którzy ją potępiali, nawet na
Sam. Rzeczywiście zachowała się bezwstydnie. Oni mieli rację, a ona się myliła. Pozwoliła
mężczyznie, który nie był nawet jej narzeczonym, żeby pocałował ją w ogrodzie.
Samantha rzuciła się na łóżko, wtuliła twarz w poduszkę i załkała. Tyle wysiłku kosztowało
ją, by zatrzeć ślady łez minionej nocy. Teraz będzie musiała zacząć wszystko od nowa.
Czuła się bezgranicznie winna. Było jeszcze coś, czego nie powinna wyrażać słowami.
Miała przecież wielu admiratorów. Przestała szlochać, uniosła głowę z poduszki. Zaczęła
ich wyliczać i odmalowywać sobie w wyobrazni. Był między nimi sir Albert Boyle. Bardzo
zwyczajny i bardzo miły. Lord Graham, bardzo młody, ale także bardzo gwałtowny. Pan Maxwell,
który ją śmieszył, sir Richard Parkes i pan Chisley. Wszyscy godni uwagi. Być może kilku
poznanych wczoraj zostanie jej wielbicielami?
Być może jeden lub dwóch z nich zdecyduje się na dalej idące kroki. Być może wkrótce
ktoś zacznie starać się o jej rękę. Być może nie tylko Jenny w tym sezonie wyjdzie za mąż.
Myśl o Jennifer przyprawiała ją o szaleństwo. On naprawdę był bardzo wzburzony.
Zagniewany. Poczuła to zaraz po kolacji, gdy poprosił ją o następny taniec. Zastanawiała się,
dlaczego miałaby z nim tańczyć, uśmiechać się do niego, spędzić pół godziny w jego towarzystwie,
kiedy jego oczy są tak zimne, wargi zaciśnięte, a umysł najwyrazniej wzburzony. Byli tam inni
dżentelmeni, z którymi mogła tańczyć i którzy przyglądali się jej z uznaniem.
Oburzyła się, kiedy lord Kersey powiedział, że nie zamierza z nią tańczyć, ale oczekuje, że
wyjdzie z nim na taras.
- Nie jestem pewna, lordzie - powiedziała.  Nie wypada mi opuszczać sali balowej bez
przyzwoitki.
Podejrzewała, że robi to po to, żeby ukarać Jenny. Nie chciała znalezć się w środku kłótni
kochanków, jeśli rzeczywiście tak było. Jeżeli miałaby wyjść na taras, zamiast tańczyć, to wolałaby
mieć za towarzysza któregoś ze swoich wielbicieli.
- To zupełnie na miejscu - zapewnił ją.  Jesteś kuzynką mojej narzeczonej.
I tak pozwoliła wyprowadzić się do ogrodu, gdzie usiedli na ławce z kutego żelaza.
- Co za makabra - powiedział. - Cholerna makabra.
Nawet nie obruszyła się zbytnio na te słowa. Usiłowała właśnie wysunąć dłoń spod jego
ramienia, ale nie pozwolił na to. Czuła się bardzo zakłopotana, wściekła, że jest wciągana w coś, co
jej w ogóle nie dotyczy.
- Czy ona mnie kocha? - spytał niespodziewanie.
- Wiesz coś o tym? Czy ona ci ufa?
- Oczywiście, że cię kocha - odpowiedziała zaszokowana. - Jest przecież twoją narzeczoną.
- Tak. Zmuszono ją do tego pięć lat temu, kiedy była jeszcze dzieckiem. A ja chłopcem.
Wydaje się mocno zainteresowana Thomhillem.
- Tańczyła z nim raz podczas naszego balu i raz tutaj - powiedziała, wbrew swojej woli
wciągana w nieporozumienia między Jennifer i Kerseyem, zła, że traci cenne chwile balu.
- Tylko że teraz nie tańczyli - stwierdził.
- Przyszli tutaj - powiedziała Samantha. - A może zostali na tarasie? Nie ma w tym nic [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ftb-team.pev.pl
  •